Pulau Ubin

29 01 2009

Pulau Ubin to zupełnie inne, egzotyczne oblicze nowoczesnego Singapuru. “Pulau”, po malezyjsku, znaczy wyspa, a “Ubin” kamień. Wyspa kamienia. Jeszcze do lat 60-tych wydobywanu tu kamień na potrzeby Singapuru. To też według legendy, wyspa która powstała z żółwia, który zmienił się w kamień po przegranym wyścigu.

Jest to wysepka położona na płn.-wsch. Singapuru, pomiędzy Singapurem a Malezją, na której można doświadczyć prawdziwej Azji. Można tu zobaczyć małpki żyjące w tropikalnym lesie, wielkie pająki, tukany, świnki leśne (no nie wiem jak je inaczej nazwać, na pewno nie dziki), karby w naturalnych warunkach. Jest również wieża widokowa, z której widać Malezję. Zachowało się też naturalne wybrzeże Singapuru, bagna oraz namiastka wioski malezyjskiej, oraz trochę starych domów, świątynia, zakon, dom brytyjskiego lekarza. Po wyspie porusza się rowerem (wynajem S$3-15) lub pieszo, lepiej rowerem. Owoce morza są tanie (chilli crab, butter crab S$18, świerze krewetki, małże do S$8). Trzeba zabrać ze sobą czapkę, krem z wysokim filtrem, coś na komary (dobry jest, nietłusty, długo trzyma, i działa świetnie OFF w pomarańczowej butli za S$8.50 w popularnych sklepach Guardian, Watson w centrach handlowych). Konieczne też są buty trekkingowe, żadnych japonek!

Zapraszam do obejrzenia galerii z mojej wyprawy na Ubin.

Dojazd
Opis podany w przewodniku Lonely Planet “Singapore” 7th ed. jest niestety błędny.
Na wyspę można się dostać wyłącznie przaśną łódką/mini promem, jakich wiele w Indiach czy Tajlandii, w Singapurze taka łódka to egzotyka. Taki prom zabiera 12 osób na pokład. Cena S$2.50 od osoby. Łódki regularnie kursują od 8 rano do 19 wieczorem, później trzeba zapłacić więcej (w przypadku mniejszej ilości pasażerów niż 12). Dojazd do przystani łódek: zielona linia MRT do stacji Tampines, później autobus 29, wysiadamy na ostatim przystanku (Changi Village). Tam za restauracją Ubin First Stop (na lewo od  terminalu autobusowego) znajduje się przystań, należy zejść po schodkach. Po dotarciu na wyspę, przyda się wziać darmową mapkę z “Information kiosk”.

Informacje i zdjęcia o atrakcjach na Ubin można znaleźć tutaj.

A jakie są moje wrażenia? Wszystko super, ale w porównaniu do czyściutkiegoSingapuru, Ubin wyda nam się “bardziej azjatyckia”, mówiąc bez ogródek, brudniejsza. Ale to też ma swój urok. Podróż łódką jak sprzed 50 lat jest ciekawym przeżyciem. Na Ubin możemy zobaczyć islanderów, jak żyją w swoich małych domkach. Tutaj przeszłość spotyka się z nowoczesnością. Wielu mieszkańców Ubin sprzedaje napoje przy drogach, nie ma problemu z kupnem coli czy innych typowo singapurskich zimnych napoi (nie trzeba martwić  się o wodę), cena ok S$1. Niestety spora część turystów to hindusi, którzy są dość hałaśliwi jeżdżąc na rowerach, płoszą zwierzęta. Jest też niestety trochę śmieci, ale nie więcej niż w naszych turystycznych miejscach. Wypożyczalnie rowerów wyglądają jak z poprzedniej epoki, można się targować i koniecznie wypróbować rower przed decyzją o wypożyczeniu.
Niesamowita jest dżungla, z kokosami naturalnie rozbitymi o kamień, jeziorkami z palmami dookoła. Ciekawa jest też wioska na wyspie, z rozwrzeszczanymi, trochę brudnymi mieszkańcami, żartującymi i uśmiechającymi się do odwiedzających.
A po udanej przejażdżce po wyspie, można zjeść pyszne owoce moża sącząc świeży orzech klokosowy.. Warto!





Transport w Singapurze. Jak się przemieszczać?

24 08 2008

Singapur jest bardzo mały powierzchniowo: lotnisko jest umiejscowione we  wschodniej części wyspy. Przejazd taksówką na drugi koniec państwa, trwa ok 30-40 min, koszt to ok 30-40 dolarów (1 dolar singapurski = ok. 2.20 zł, luty 2008). Używaj żółtych lub niebieskich taksówek, pozostałe to limuzyny.
Nie ma tu tuk-tuków, tak jak w innych azjatyckich miastach. Jest trochę rikszy, ale bardzo mało, praktycznie tylko w Chinatown.

Singapur jest bardzo nowoczesnym miastem, bardziej przypomina miasta w Stanach, niż te w Azji. Jest tu bardzo rozbudowany system komunikacji miejskiej: MRT, coś pomiedzy pociagiem i metrem + autobusy zorganizowane w systemie zdecentralizowanym. Czyli nie tak jak w Warszawie, gdzie najważniejszym węzłem przesiadkowym jest centrum. Tutaj jest wiele takich punktów, a z każdej stacji MRT odjeżdżają autobusy rozwożące ludzi w pobliżu tej stacji. Najbardziej komfortowy sposób przemieszczania się to właśnie MRT i autobusy. MRT jest trochę wolne ale dość tanie (najdroższa podróż z jednego końca wyspy na drugi, to ok 1.58S$). Nie używa się tu biletów, zamiast tego kazdy posiada kartę EzLink. Kartę kupuje się w budce w metrze lub w ‘kioskach’. Są to karty kontaktowe, na których ‘przechowuje’ się pieniądze. Przy każdym wejściu do MRT/autobusu należy zbliżyć kartę do czytnika. Podobnie przy wyjściu (jeżeli tego nie zrobimy naliczona nam zostanie maksymalna opłata, ok 2S$).  Istnieją pewne zasady wchodzenia do autobusów: wchodzimy drzwiami bliżej kierowcy, zbliżamy naszą kartę do czytnika, jeżeli bipnie jest ok, jeżeli bipnięcie jest dłuższe, znaczy, że nie mamy wystarczających funduszy na naszej karcie i musimy wrzucić do skrzyneczki umieszczonej obok kierowcy haracz: wrzucamy monety, mogą być małe nominały, chodzi o zasady.

Wchodzenie do MRT odbywa się tak jak wchodzenie do metra, zbliżamy kartę przy wejściu i przy wyjściu, płacąc za podróż i otwierając bramkę.

Płatność kartami w automacie, po lewej stronie miejsce na zbliżenie EzLink

Płatność kartami w automacie, po prawej stronie miejsce na zbliżenie EzLink

Doładowanie karty jest bardzo proste, można to zrobić:

  • w każdej stacji metra w specjalnych punktach Ticketing Office,
  • w sklepach ze wszystkim typu 7 Eleven itp.
  • w specjalnych maszynach, które zasysają banknoty (więcej info na podstronie “Singapore FAQ”, dostępnej w górnym pasku).

We wszystkich tych miejscach doładowanie wygląda podobnie: kładziemy kartę na czytniku, płacimy lub wkładamy pieniążki do maszyny i mamy pieniążki na karcie. Nie ma minimalnej lub maksymalnej sumy, którą możemy umieścić na EzLink, ale warto pamiętać, że jeśli zgubimy kartę, każdy może jej używać. Więc rozsądna suma to 10-30S$, w zależności od tego ile podróży planujemy.

Ciekawą sprawą, jest to, że kartą EzLink możemy płacić również poza MRT, m.in. za jedzonko w niektórych miejscach, w McDonaldzie i na kampusie NTU, w sklepach 7 Eleven, w automatach z piciem i niezdrowym żarciem i wszędzie, gdzie zobaczymy symbol EzLink.





Welcome back to Singapore

15 08 2008

Muszę przyznać, że powrót do Singapuru po dwóch latach przyniósł mi wiele niespodzianek. Po pierwsze, oni tu budują jak szaleni! W dzień i w nocy. Na NTU pojawiła się zupełnie nowa canteen (stołówka), nowoczeny wielki “doklejony budynek” do już istniejących, coś w stylu warszawskich galerii, z tą różnicą, że na uniwersytecie. Stacja metra Boon Lay, najbliższa NTU została zupełnie przebudowana!

Ceny się nie zmieniły, nadal wszystko jest tanie jak barszcz. 1 dolar singapurski (S$) to ok 1.52 zł (z powodu mocnej złotówki), a nie jak przed dwoma laty, 2 zł. Wobec tego dla Polaka jest jeszcze taniej (kiedyś za 1000zł można było kupić 500 S$, dziś ok 658S$).

Jedzenie (typu drugie danie) na kampusie kosztuje 2-5 dolarów (3-7zł). Na mieście 3.5S$ i więcej. Sok ze świeżo wyciskanych owoców na kampusie, 1-2S$. Śniadanie na kampusie 1-2.5S$. Buty damskie 5-15S$.

Orchard Road, najbardziej reprezantywna ulica Singapuru zmienia się nie do poznania. W 2006 roku to była wioska w porównaniu z tym co jest teraz. Doszły nowe wieżowce, m.in. budują coś w stylu Złotych Tarasów w Warszawie, budynek z zaokrąglonym szklanym dachem. Zdjęcia pojawią się wkrótce, bo wciąż organizuję się po przyjeździe :)





Witamy w Duluth

3 07 2007

Powitanie na lotnisku
Wydostanie się z Warszawy okazało się nie lada wyzwaniem. Na lot do Amsterdamu o 12:05, 3 lipca o mały włos bym nie została wpuszczona.. bo nie było mnie na liście pasażerów. Podobnie z pozostałymi IBSTARami z Polski, Adamem i Tomkiem. Na szczęście od czego ma się dar perswazji?! Skończyło się na tym, że leciałam w klasie biznes:) Jedzonko pyszne, kawka w porcelanowych kubeczkach a nie w papierowych. Nawet dostałam lody.
Po prawie 24-godzinnej podróży, uwzględniając przesiadki w końcu dotarliśmy do Duluth. Na lotnisku czekał na nas prawdziwy komitet powitalny Rotary International z Duluth.

Na zdjęciu powyżej, od lewej stoją: ja, Adam, Rok (Słowenia), Tuuli (Estonia) i Tomek – IBSTAR 2007.





Pierwszy poważniejszy krok.. wiza J-1

6 06 2007

Dzisiejszy dzień przybliżył mnie bardziej do wyjazdu do Stanów na staż.

Dziś zdobyłam ambasadę USA:) A właściwie to mnie sami wpuścili. I dopiero dziś uświadomiłam sobie, że już niedługo jadę. To był taki większy krok na przód. Oczywiście nie pierwszy, tylko któryś tam z kolei, po przebrnięciu całej tej papierkowo-mailowej roboty. To jest najgorsze i w tym względzie przydają się umiejętności przesadnie dbającego o szczegóły gryzipórka. Wczoraj wypełniałam wnioski do 1:30.. a wstałam o 5.. Zapobiegawczo, żeby się do ambasady na 8:00 nie spóźnić (na spotkanie umawia się telefonicznie pod nr *7409400 dla użytkowników komórek).
Nie byłam zestresowana, bo jestem już szczęśliwą posiadaczką jednej wizy (turystycznej) i przechodziłam podobne procedury. Byłam ciekawa jak to wygląda teraz. Ale może od początku. A więc do wizy J-1, takiej na staż, jeżeli załatwiamy ją sami, potrzebujemy kilku dokumentów. Informacje o tym jak ubiegać się o wizę można sprawdzić na stronach ambasady. Podam tu krótko, parę szczegółów technicznych, dotyczących pewnie przypadków kiedy o wizę J-1 ubiegamy się indywidualnie.

  • Formularze wizowe: DS-156 – wypełniamy on-line na stronach ambasady USA i drukujemy, razem 3 strony; pierwsze dwie drukujemy dwustronnie na jednej kartce. Tą ostatnią kartkę z dziwnym kodem też zabieramy na rozmowę. DS-157 – wypełniają tylko mężczyźni. DS-158 wypełniają wszyscy. Nie zostawiamy pustych miejsc, należy wstawiać kreski jeżeli nie wypełniamy pola.
  • Bardzo ważne jest prawidłowe zdjęcie. Niezgodne z zasadami podanymi przez ambasadę wyklucza nas z rozmowy. Uszy muszą być na nim widoczne(!). Pozostałe szczegół, w podanym wyżej linku. Na przeciwko ambasady jest fotograf. W ostateczności można skorzystać. Zabuli się na pewno.
    W tej kwestii polecam fotografa z Terespola.. dla Terespolan oczywiście:) Zrobił mi super zdjęcie! Bardzo dba o szczegóły. I gratisy dostałam:)
  • Potrzebne są 2 dowody wpłaty: oprócz tego podanego przez ambasadę (równowartość 100$ w złotówkach na konto ambasady), potrzebujemy dowodu SEVIS. W moim przypadku dostałam go pocztą, a ta opłata wniesiona przez sponsora, a więc Rotary International.
  • Umówmy się na godzinę ranną, jesli to możliwe. Będzie mniej osób i wszystko pójdzie sprawniej. Ja już o 8:30 byłam na zewnątrz.

Całe procedury wydają się bardziej uporządkowane, wszystko przebiega sprawniej niż te 7 lat temu. Nadal są linie, na których się staje, ale to już nie jest kolejka jak za komuny w mięsnym. Tylko taka kulturalna jak do kiosku, przynajmniej rano.

Najpierw stajemy na niebieskiej linii. Zostaniemy zaproszeni do środka. Tam, musimy odpowiedzieć na kilka pytań, zostaniemy sklasyfikowani:P zgodnie z planem stażu. Rozmowa jest po polsku. Pani uzupełni nasze dokumenty. Dostaniemy numerek i wychodzimy na zewnątrz. Czekamy, aż zostaniemy zawołani na rozmowę z konsulem.

Czekałam może 10 min. Rozmowa była bardzo miła. Konsul woli rozmawiać po angielsku, a tym zaplusujemy, więc jeżeli czujemy się na siłach, lepiej jest wybrać ten język. Ale mówi też łamaną polszczyzną:) Pytał o staż, studia i podróże. Wszystko nie trwało dłużej niż 3 minuty. I już miałam kwitek poświadczający dostarczenie wizy do domu, w ręku:) Przyjedzie do mnie w piątek lub w poniedziałek..





Na podbój USA

3 06 2007

Tego lata znów czeka mnie przygoda:) Tym razem coś poważnego.. staż organizowany przez Rotary Club 25 Duluth w ramach programu IBSTAR – International Business Student Training in America through Rotary, oraz YMCA International Career Advancement Program. Idea tego programu to doskonalenie zawodowe i poznawanie kultury i obyczajów Amerykanów. Oprócz mnie będą w projekcie uczestniczą 4 inne osoby, 2 chłopaków z Polski i 2 osoby z innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Trudno mi określić z jakich po ich nazwiskach, ale stawiam na Estonię i Węgry. Będziemy mieszkać u rodzin członków Rotary w Duluth. Oni zapewniają nam też wakacyjne atrakcje:) Ponadto, miasto jest bardzo ładne, leży nad Wielkimi Jeziorami w północno-środkowych Stanach. Jednym słowem, super wakacje.

Do moich zadań będzie należał audyt (!) systemu informatycznego ACT!, ogólna ocena funkcjonowania firmy i ewentualne udoskonalenia organizacji. A więc moja dziedzina. Mam się pokazać od tej inżynierskiej strony:P

Wylot 3 lipca.. wielką torbę już mam:)





Atmosfera Indii..

19 02 2006

Hinduska ‘ulica’ bardzo różni się od naszej. Filmik zamieszczony poniżej, to niezły wstęp do zrozumienia Indii, co prawda nie czuć różnorodnych zapaszków ale za to jakie bogactwo dźwięków! Został zrobiony w lutym 2006 roku w Kalkucie. Na filmiku nasza trójka podróżników: Stephane, ja i Alexandre w tuk-tuku czyli takiej miejscowej taksówce :) Radzę ściszyć głośniki przed obejrzeniem..

<jo>





Gecko

21 01 2006

Na pewno przy opisywaniu wrażeń z Singapuru nie mogę pominąć małych jaszczurek, których wszędzie tu pełno. Są popularnie nazywane gecko (wymawiane “giko”). W przewodnikach ciężko natknąć się na informację o tych zwierzątkach, a spotyka się je tu na każdym kroku! Byłam nieźle zakoczona kiedy po przyjeździe zobaczyłam biegające po ścianach, płaskie jaszczureczki. A bo kto wie, może gryzą, albo co.. Mogą być zielone, przeźroczyste lub takie koloru kawy z mlekiem. A ganiają na prawdę szybko i włażą dosłownie wszędzie, nawet do mieszkań, biur, siedzą na suficie. Nie lubię jak tam siedzą bo nawet nie chcę myśleć co będzie jak się odczepią.. ble!

Tak na prawdę są bardzo pożyteczne, zjadają komary i inne insekty i są zupełni nie groźnGeckoe dla człowieka: małe, do 13cm ale jednak nie trudno się przestraszyć. Mi tam nie przeszkadza jak ganiają po ścianach na korytarzu, ale jak mi jedna wlazla do pokoju, jak zaczęła skakać bo się przestraszyła! Oczywiście chciałam ją wykurzyć: jaszczur (newet mały) i ja w jednym pokoju to za dużo..niech sobie śpi na zewnątrz.

Jednym słowej gecko są elementem singapurskiego życia i trzeba je polubić :)





Ciąg dalszy pierwszych wrażeń…

18 01 2006

Wszystko naokoło jest zielone, piękne, nowoczesne i zorganizowane. Podoba mi się, jest czysto, nie przesadnie. Wszystko jest zadbane, nie ma śladów wandalizmu. Kampus NTU jest jak wielki ogród, oddzielony od miasta, więc czuję się trochę jak na obozie :) Ilość budynków uczelnianych i baza studencka z tymi wszystkimi basenami, kortami tenisowymi, centrum sportowym, siłownią, audytorium, bibliotekami.. i nie wiem czym jeszcze.. zaskakuje. Chciałoby się, żeby tak w Polsce było.

Wracając do “Singielskiego”, sporo osób nie mówi po angielsku! Szczególnie ze starszymi osobami, lub pracującymi w food centres nie sposób się porozumieć, nawet na migi. Jeśli chodzi o młodych, to właśnie, używają singielskiego, mieszanki angielksiego z mandaryńskim, tamilskim, malajskim. Na końcu zdania dodają “lah!”, tak trochę nie wiadomo po co, ale nawet się miło słucha. Często się pytają “Can, can?” w sensie “is that ok?”, a poza tym nie używają czasów gramatycznych. Więc nie ma co się martwić, okazuje się, że nie jestem taką ‘nogą’ z angielskiego ;)

Jedną z dość ciekawych rzeczy, która rzuciła mi się w oczy jest ich osobliwa kultura osobista. Tu normalką jest zapytanie “What do you want?”, nie to co w Polsce, “W czym mogę Pani/Panu pomóc”… No ale cóż, taki już urok tubylców i trzeba się przyzwyczaić.
Zbyt długie namyślanie się, co do wyboru jedzenia denerwuje ich. W ogóle nie są cierpliwi, szczególnie Chińczycy. Tak sobie myślę, że taki wstępik, wyznacznik tej ich niecierpliwości, poznałam na “stadionie” w Warszawie. Tam azjatyccy handlarze też potrafili być nawet nie mili jeśli się czegoś nie kupiło. Hindusi są za to bardzo cierpliwi, normalnie nie wiem jak psychicznie znoszą tych wszystkich wybrednych klientów. Na zakupy to najlepiej u hindusów: można marudzić, kręcić nosem i w końcu nie kupić a oni i tak będą mili.

Jeśli chodzi o jedzenie, to jest ogromny wybór za śmieszne pieniądze, za 5-8zł można zjeść naprawdę dobre rzeczy. Ale porcje są mniejsze niż u nas, i ciągle jedzą ryż. Chleb to tu luksus, McDonald jest drogi (ok. S$5) w porównaniu do jedzenia ze “stołówek” (S$2.50-4.00). Już widzę tęsknotę za chrupiącym chlebkiem albo ziemniaczkami..
Sporo rzeczy jest też bardzo ostrych, nie da się jeść: jedzenie ze słowem sambal, black peper, chilli to niestety nie dla niewprawionego w egzotycznych smakach Polaka. Hinduskie jedzenie też jest strasznie ostre i nie czuję w ogóle smaku. Na razie najbardziej przyswajalny jest chicken rice, ale też zupki troche inne niż u nas, z dużą ilościa “rzeczy” w  środku.. ciekawe ile pociągnę na takiej diecie.

Jeżeli chodzi o to jak znoszę klimat: nie da się ukryć, jest gorąco i wilgotno, ale się przyzwyczajam. Czuje się ogólnego lenia i śpiocha. Tak mogę w skrócie określić samopoczucie. Atmosfera wakacyjna. Dobrze, że jest klimatyzacja w salach wykładowych. Z drugiej strony przesadzają: ustawiają temperaturę za nisko i bez swetra się marźnie. Zmiany temperatury są szczególnie niefajne i sprzyjają przeziębieniom. I trochę dziwnie się wychodzi z zimnego budynku na dwór, a tam parówa..

Ogólne wrażenia są bardzo pozytywne. Singapur jest nowoczesny, piękny, ale nie zatracił do końca swojej egzotyki. Ciąle można kupić owoce czy różności od ulicznych sprzedawców. Można się dogadać, potargować.. trochę jak u nas..dobrze się tu czuję, nie jakoś obco, chociaż wyglądam inaczej niż wszyscy w około bo mam jasną skórę, jasne włosy. I to jest chyba ten czar Singapuru. Jak oni to robią, że tyle różnych kultur mieszka obok siebie w zgodzie i dostatku?!





Duriany, nowoczesność, kolejki.. czyli co zaskakuje Polaka?

16 01 2006

W Singu kilka rzeczy dosc mocno zaskakuje. Takim pierwszym dziwnym zjawiskiem jest upał. Zupełnie inne gorąco niż u nas. Metro ChinatownPonad 30 stopni i 100% wilgotności powietrza. Ale przy takim klimacie zaskakuje singapurska czystość. Nie uraczymy brzydkich zapaszków, np. z rozkładającej się roślinności (bo przecież tam nie ma pór roku i niezadbane resztki by ‘kwitły’). Wszystkie liście są na bieżąco sprzątane. Nie ma tematu śmieci. Za wyrzucony papierek na ulicy pewnie groziłby lincz;) a już na pewno co najmniej 500 dolarów singapurskich (500S$) kary..

Następna sprawa to wszechobecny high-tech: telewizory LCD w autobusach miejskich, telewizja dla pasażerów taksówek zamontowana w oparciach foteli, metro. Z metrem kojarzy mi się ciekawy zwyczaj singapurczyków. Mianowicie, ‘Zachodnia’ zasada ‘przepuść wysiadającego z metra’, kompletnie nie obowiązuje. Po otwarciu drzwi pociągu, rozpoczyna się bieg z przeszkodami na wolne miejsca. Te przeszkody to wysiadający:)Telewizor LCD w autobusie Tą cechę określmy jako swawola w metrze. Trzeba podkreślić, że nie obowiązuje ona wszędzie:) ale ruch pieszych jest równie ciekawy. Mam na myśli nie tylko pieszych na chodnikach ale też w różnego typu przejściach podziemnych i tunelach. Z zasady piesi poruszają się wolno i zajmują tyle miejsca ile mogą. Nasze europejskie ‘bieganie’ wydałoby im się dziwne. Oni wolą slalom pieszych. Idąc, trzeba ciągle kogoś omijać.

Następne zaskoczenie to składające się z wielu linii metro, tzw. MRT, którym można dojechać praktycznie wszędzie. Ale chociaż pociągi jeżdżą dość często, są dość zatłoczone. Na niektórych liniach jeżdżą pociągi sterowane komputerowo, bez motorniczych. Na większości stacji, m.in. na stacjach podziemnych, w całym centrum Singapuru, peron od torów oddzielają dodatkowe drzwi, które otwierają sie dopiero, gdy podjeżdża pociag. Drzwi pociągu zatrzymują się dokładnie w miejscu dodatkowych drzwi. Zabezpieczają przed wypadkami.Pierwsza w kolejce do autobusu.. to jest fart

Singapurczycy lubią stać w kolejkach. Mała powtórka z PRL-u:) I jeśli chodzi o zasady ruchu tłumu, to w przeciwieństwie do ruchu w metrze i ruchu pieszych, wchodzenie do autobusów jest bardzo uporządkowane. Przed wejściem stoi się w kolejce. Do tego celu, są przygotowane specjalne metalowe ‘przegrody’:)
A ciekawostką jest to, że to nie taksówki wyczekują klientów w długich ogonkach, tylko klienci stoją w tzw. ‘taxi stand’ i wypatrują taksówek.. a w godzinach szczytu nie ma możliwości zamówienia taksówki na telefon i trzeba stać w kolejce.

DurianyW Singapurze można też spróbować najbardziej śmierdzącego owocu świata – duriana. Nie można go wnosić do metra, wszędzie są umieszczone zakazy, inaczej by się ludziska zagazowali. W zależności od tego czy jemy świeżo przygotowany owoc, czy taki, który sobie poleżał, smak będzie nieco inny. Świeżo przekrojony durian nie jest strasznie śmierdzący i jest całkiem dobry. Smak jest dziwny, porównywalny trochę do budyniu, trochę do przyprawionych, gęstych lodów, niezły, wart spróbowania. Natomiast durianek, który sobie poleżał i ‘zakisił’ się pod folijką, jest delikatnie mówiąc, nieciekawy. Wielu singapurczyków uwielbia duriany, mi smakowały te świeże, ale wielu studentów międzynarodowych się krzywiło na ich widok.The Esplanade - najslynniejszy durian

Najsłynniejszym durianem Singapuru jest Esplanade Theater, mieszczący się w centrum miasta-państwa i mający kształt ogromnego duriana. Singapurczycy nazywają go “Singapore Durian Convention Center”. W ‘durianie’ odbywają się różne przedstawienia, koncerty, konferencje. Jest to centrum kulturalne Singapuru.

Kolejną ciekawą sprawą są bloki mieszkalne w Singapurze – HDB. Klatki schodowe są otwarte, tak aby wiaterek sobie mógł pochulać, zreszta jest tam gorąco więc takie rozwiązanie jest zrozumiałe. W niektórych takich blokach, windy nie zatrzymują się na każdym piętrze! Bywa tak, że stają w połowie bloku albo co któreś piętSingapurskie HDBro. Bywa tak, że w mieszkaniach nie ma toalet, a są np. na parterze. Na szczęście takich rozwiązań jest już mało i w większości łazienki są w mieszkaniach, tak jak u nas..

<jo>