Pulau Ubin

29 01 2009

Pulau Ubin to zupełnie inne, egzotyczne oblicze nowoczesnego Singapuru. “Pulau”, po malezyjsku, znaczy wyspa, a “Ubin” kamień. Wyspa kamienia. Jeszcze do lat 60-tych wydobywanu tu kamień na potrzeby Singapuru. To też według legendy, wyspa która powstała z żółwia, który zmienił się w kamień po przegranym wyścigu.

Jest to wysepka położona na płn.-wsch. Singapuru, pomiędzy Singapurem a Malezją, na której można doświadczyć prawdziwej Azji. Można tu zobaczyć małpki żyjące w tropikalnym lesie, wielkie pająki, tukany, świnki leśne (no nie wiem jak je inaczej nazwać, na pewno nie dziki), karby w naturalnych warunkach. Jest również wieża widokowa, z której widać Malezję. Zachowało się też naturalne wybrzeże Singapuru, bagna oraz namiastka wioski malezyjskiej, oraz trochę starych domów, świątynia, zakon, dom brytyjskiego lekarza. Po wyspie porusza się rowerem (wynajem S$3-15) lub pieszo, lepiej rowerem. Owoce morza są tanie (chilli crab, butter crab S$18, świerze krewetki, małże do S$8). Trzeba zabrać ze sobą czapkę, krem z wysokim filtrem, coś na komary (dobry jest, nietłusty, długo trzyma, i działa świetnie OFF w pomarańczowej butli za S$8.50 w popularnych sklepach Guardian, Watson w centrach handlowych). Konieczne też są buty trekkingowe, żadnych japonek!

Zapraszam do obejrzenia galerii z mojej wyprawy na Ubin.

Dojazd
Opis podany w przewodniku Lonely Planet “Singapore” 7th ed. jest niestety błędny.
Na wyspę można się dostać wyłącznie przaśną łódką/mini promem, jakich wiele w Indiach czy Tajlandii, w Singapurze taka łódka to egzotyka. Taki prom zabiera 12 osób na pokład. Cena S$2.50 od osoby. Łódki regularnie kursują od 8 rano do 19 wieczorem, później trzeba zapłacić więcej (w przypadku mniejszej ilości pasażerów niż 12). Dojazd do przystani łódek: zielona linia MRT do stacji Tampines, później autobus 29, wysiadamy na ostatim przystanku (Changi Village). Tam za restauracją Ubin First Stop (na lewo od  terminalu autobusowego) znajduje się przystań, należy zejść po schodkach. Po dotarciu na wyspę, przyda się wziać darmową mapkę z “Information kiosk”.

Informacje i zdjęcia o atrakcjach na Ubin można znaleźć tutaj.

A jakie są moje wrażenia? Wszystko super, ale w porównaniu do czyściutkiegoSingapuru, Ubin wyda nam się “bardziej azjatyckia”, mówiąc bez ogródek, brudniejsza. Ale to też ma swój urok. Podróż łódką jak sprzed 50 lat jest ciekawym przeżyciem. Na Ubin możemy zobaczyć islanderów, jak żyją w swoich małych domkach. Tutaj przeszłość spotyka się z nowoczesnością. Wielu mieszkańców Ubin sprzedaje napoje przy drogach, nie ma problemu z kupnem coli czy innych typowo singapurskich zimnych napoi (nie trzeba martwić  się o wodę), cena ok S$1. Niestety spora część turystów to hindusi, którzy są dość hałaśliwi jeżdżąc na rowerach, płoszą zwierzęta. Jest też niestety trochę śmieci, ale nie więcej niż w naszych turystycznych miejscach. Wypożyczalnie rowerów wyglądają jak z poprzedniej epoki, można się targować i koniecznie wypróbować rower przed decyzją o wypożyczeniu.
Niesamowita jest dżungla, z kokosami naturalnie rozbitymi o kamień, jeziorkami z palmami dookoła. Ciekawa jest też wioska na wyspie, z rozwrzeszczanymi, trochę brudnymi mieszkańcami, żartującymi i uśmiechającymi się do odwiedzających.
A po udanej przejażdżce po wyspie, można zjeść pyszne owoce moża sącząc świeży orzech klokosowy.. Warto!





Transport w Singapurze. Jak się przemieszczać?

24 08 2008

Singapur jest bardzo mały powierzchniowo: lotnisko jest umiejscowione we  wschodniej części wyspy. Przejazd taksówką na drugi koniec państwa, trwa ok 30-40 min, koszt to ok 30-40 dolarów (1 dolar singapurski = ok. 2.20 zł, luty 2008). Używaj żółtych lub niebieskich taksówek, pozostałe to limuzyny.
Nie ma tu tuk-tuków, tak jak w innych azjatyckich miastach. Jest trochę rikszy, ale bardzo mało, praktycznie tylko w Chinatown.

Singapur jest bardzo nowoczesnym miastem, bardziej przypomina miasta w Stanach, niż te w Azji. Jest tu bardzo rozbudowany system komunikacji miejskiej: MRT, coś pomiedzy pociagiem i metrem + autobusy zorganizowane w systemie zdecentralizowanym. Czyli nie tak jak w Warszawie, gdzie najważniejszym węzłem przesiadkowym jest centrum. Tutaj jest wiele takich punktów, a z każdej stacji MRT odjeżdżają autobusy rozwożące ludzi w pobliżu tej stacji. Najbardziej komfortowy sposób przemieszczania się to właśnie MRT i autobusy. MRT jest trochę wolne ale dość tanie (najdroższa podróż z jednego końca wyspy na drugi, to ok 1.58S$). Nie używa się tu biletów, zamiast tego kazdy posiada kartę EzLink. Kartę kupuje się w budce w metrze lub w ‘kioskach’. Są to karty kontaktowe, na których ‘przechowuje’ się pieniądze. Przy każdym wejściu do MRT/autobusu należy zbliżyć kartę do czytnika. Podobnie przy wyjściu (jeżeli tego nie zrobimy naliczona nam zostanie maksymalna opłata, ok 2S$).  Istnieją pewne zasady wchodzenia do autobusów: wchodzimy drzwiami bliżej kierowcy, zbliżamy naszą kartę do czytnika, jeżeli bipnie jest ok, jeżeli bipnięcie jest dłuższe, znaczy, że nie mamy wystarczających funduszy na naszej karcie i musimy wrzucić do skrzyneczki umieszczonej obok kierowcy haracz: wrzucamy monety, mogą być małe nominały, chodzi o zasady.

Wchodzenie do MRT odbywa się tak jak wchodzenie do metra, zbliżamy kartę przy wejściu i przy wyjściu, płacąc za podróż i otwierając bramkę.

Płatność kartami w automacie, po lewej stronie miejsce na zbliżenie EzLink

Płatność kartami w automacie, po prawej stronie miejsce na zbliżenie EzLink

Doładowanie karty jest bardzo proste, można to zrobić:

  • w każdej stacji metra w specjalnych punktach Ticketing Office,
  • w sklepach ze wszystkim typu 7 Eleven itp.
  • w specjalnych maszynach, które zasysają banknoty (więcej info na podstronie “Singapore FAQ”, dostępnej w górnym pasku).

We wszystkich tych miejscach doładowanie wygląda podobnie: kładziemy kartę na czytniku, płacimy lub wkładamy pieniążki do maszyny i mamy pieniążki na karcie. Nie ma minimalnej lub maksymalnej sumy, którą możemy umieścić na EzLink, ale warto pamiętać, że jeśli zgubimy kartę, każdy może jej używać. Więc rozsądna suma to 10-30S$, w zależności od tego ile podróży planujemy.

Ciekawą sprawą, jest to, że kartą EzLink możemy płacić również poza MRT, m.in. za jedzonko w niektórych miejscach, w McDonaldzie i na kampusie NTU, w sklepach 7 Eleven, w automatach z piciem i niezdrowym żarciem i wszędzie, gdzie zobaczymy symbol EzLink.





Welcome back to Singapore

15 08 2008

Muszę przyznać, że powrót do Singapuru po dwóch latach przyniósł mi wiele niespodzianek. Po pierwsze, oni tu budują jak szaleni! W dzień i w nocy. Na NTU pojawiła się zupełnie nowa canteen (stołówka), nowoczeny wielki “doklejony budynek” do już istniejących, coś w stylu warszawskich galerii, z tą różnicą, że na uniwersytecie. Stacja metra Boon Lay, najbliższa NTU została zupełnie przebudowana!

Ceny się nie zmieniły, nadal wszystko jest tanie jak barszcz. 1 dolar singapurski (S$) to ok 1.52 zł (z powodu mocnej złotówki), a nie jak przed dwoma laty, 2 zł. Wobec tego dla Polaka jest jeszcze taniej (kiedyś za 1000zł można było kupić 500 S$, dziś ok 658S$).

Jedzenie (typu drugie danie) na kampusie kosztuje 2-5 dolarów (3-7zł). Na mieście 3.5S$ i więcej. Sok ze świeżo wyciskanych owoców na kampusie, 1-2S$. Śniadanie na kampusie 1-2.5S$. Buty damskie 5-15S$.

Orchard Road, najbardziej reprezantywna ulica Singapuru zmienia się nie do poznania. W 2006 roku to była wioska w porównaniu z tym co jest teraz. Doszły nowe wieżowce, m.in. budują coś w stylu Złotych Tarasów w Warszawie, budynek z zaokrąglonym szklanym dachem. Zdjęcia pojawią się wkrótce, bo wciąż organizuję się po przyjeździe :)





Gecko

21 01 2006

Na pewno przy opisywaniu wrażeń z Singapuru nie mogę pominąć małych jaszczurek, których wszędzie tu pełno. Są popularnie nazywane gecko (wymawiane “giko”). W przewodnikach ciężko natknąć się na informację o tych zwierzątkach, a spotyka się je tu na każdym kroku! Byłam nieźle zakoczona kiedy po przyjeździe zobaczyłam biegające po ścianach, płaskie jaszczureczki. A bo kto wie, może gryzą, albo co.. Mogą być zielone, przeźroczyste lub takie koloru kawy z mlekiem. A ganiają na prawdę szybko i włażą dosłownie wszędzie, nawet do mieszkań, biur, siedzą na suficie. Nie lubię jak tam siedzą bo nawet nie chcę myśleć co będzie jak się odczepią.. ble!

Tak na prawdę są bardzo pożyteczne, zjadają komary i inne insekty i są zupełni nie groźnGeckoe dla człowieka: małe, do 13cm ale jednak nie trudno się przestraszyć. Mi tam nie przeszkadza jak ganiają po ścianach na korytarzu, ale jak mi jedna wlazla do pokoju, jak zaczęła skakać bo się przestraszyła! Oczywiście chciałam ją wykurzyć: jaszczur (newet mały) i ja w jednym pokoju to za dużo..niech sobie śpi na zewnątrz.

Jednym słowej gecko są elementem singapurskiego życia i trzeba je polubić :)





Ciąg dalszy pierwszych wrażeń…

18 01 2006

Wszystko naokoło jest zielone, piękne, nowoczesne i zorganizowane. Podoba mi się, jest czysto, nie przesadnie. Wszystko jest zadbane, nie ma śladów wandalizmu. Kampus NTU jest jak wielki ogród, oddzielony od miasta, więc czuję się trochę jak na obozie :) Ilość budynków uczelnianych i baza studencka z tymi wszystkimi basenami, kortami tenisowymi, centrum sportowym, siłownią, audytorium, bibliotekami.. i nie wiem czym jeszcze.. zaskakuje. Chciałoby się, żeby tak w Polsce było.

Wracając do “Singielskiego”, sporo osób nie mówi po angielsku! Szczególnie ze starszymi osobami, lub pracującymi w food centres nie sposób się porozumieć, nawet na migi. Jeśli chodzi o młodych, to właśnie, używają singielskiego, mieszanki angielksiego z mandaryńskim, tamilskim, malajskim. Na końcu zdania dodają “lah!”, tak trochę nie wiadomo po co, ale nawet się miło słucha. Często się pytają “Can, can?” w sensie “is that ok?”, a poza tym nie używają czasów gramatycznych. Więc nie ma co się martwić, okazuje się, że nie jestem taką ‘nogą’ z angielskiego ;)

Jedną z dość ciekawych rzeczy, która rzuciła mi się w oczy jest ich osobliwa kultura osobista. Tu normalką jest zapytanie “What do you want?”, nie to co w Polsce, “W czym mogę Pani/Panu pomóc”… No ale cóż, taki już urok tubylców i trzeba się przyzwyczaić.
Zbyt długie namyślanie się, co do wyboru jedzenia denerwuje ich. W ogóle nie są cierpliwi, szczególnie Chińczycy. Tak sobie myślę, że taki wstępik, wyznacznik tej ich niecierpliwości, poznałam na “stadionie” w Warszawie. Tam azjatyccy handlarze też potrafili być nawet nie mili jeśli się czegoś nie kupiło. Hindusi są za to bardzo cierpliwi, normalnie nie wiem jak psychicznie znoszą tych wszystkich wybrednych klientów. Na zakupy to najlepiej u hindusów: można marudzić, kręcić nosem i w końcu nie kupić a oni i tak będą mili.

Jeśli chodzi o jedzenie, to jest ogromny wybór za śmieszne pieniądze, za 5-8zł można zjeść naprawdę dobre rzeczy. Ale porcje są mniejsze niż u nas, i ciągle jedzą ryż. Chleb to tu luksus, McDonald jest drogi (ok. S$5) w porównaniu do jedzenia ze “stołówek” (S$2.50-4.00). Już widzę tęsknotę za chrupiącym chlebkiem albo ziemniaczkami..
Sporo rzeczy jest też bardzo ostrych, nie da się jeść: jedzenie ze słowem sambal, black peper, chilli to niestety nie dla niewprawionego w egzotycznych smakach Polaka. Hinduskie jedzenie też jest strasznie ostre i nie czuję w ogóle smaku. Na razie najbardziej przyswajalny jest chicken rice, ale też zupki troche inne niż u nas, z dużą ilościa “rzeczy” w  środku.. ciekawe ile pociągnę na takiej diecie.

Jeżeli chodzi o to jak znoszę klimat: nie da się ukryć, jest gorąco i wilgotno, ale się przyzwyczajam. Czuje się ogólnego lenia i śpiocha. Tak mogę w skrócie określić samopoczucie. Atmosfera wakacyjna. Dobrze, że jest klimatyzacja w salach wykładowych. Z drugiej strony przesadzają: ustawiają temperaturę za nisko i bez swetra się marźnie. Zmiany temperatury są szczególnie niefajne i sprzyjają przeziębieniom. I trochę dziwnie się wychodzi z zimnego budynku na dwór, a tam parówa..

Ogólne wrażenia są bardzo pozytywne. Singapur jest nowoczesny, piękny, ale nie zatracił do końca swojej egzotyki. Ciąle można kupić owoce czy różności od ulicznych sprzedawców. Można się dogadać, potargować.. trochę jak u nas..dobrze się tu czuję, nie jakoś obco, chociaż wyglądam inaczej niż wszyscy w około bo mam jasną skórę, jasne włosy. I to jest chyba ten czar Singapuru. Jak oni to robią, że tyle różnych kultur mieszka obok siebie w zgodzie i dostatku?!





Duriany, nowoczesność, kolejki.. czyli co zaskakuje Polaka?

16 01 2006

W Singu kilka rzeczy dosc mocno zaskakuje. Takim pierwszym dziwnym zjawiskiem jest upał. Zupełnie inne gorąco niż u nas. Metro ChinatownPonad 30 stopni i 100% wilgotności powietrza. Ale przy takim klimacie zaskakuje singapurska czystość. Nie uraczymy brzydkich zapaszków, np. z rozkładającej się roślinności (bo przecież tam nie ma pór roku i niezadbane resztki by ‘kwitły’). Wszystkie liście są na bieżąco sprzątane. Nie ma tematu śmieci. Za wyrzucony papierek na ulicy pewnie groziłby lincz;) a już na pewno co najmniej 500 dolarów singapurskich (500S$) kary..

Następna sprawa to wszechobecny high-tech: telewizory LCD w autobusach miejskich, telewizja dla pasażerów taksówek zamontowana w oparciach foteli, metro. Z metrem kojarzy mi się ciekawy zwyczaj singapurczyków. Mianowicie, ‘Zachodnia’ zasada ‘przepuść wysiadającego z metra’, kompletnie nie obowiązuje. Po otwarciu drzwi pociągu, rozpoczyna się bieg z przeszkodami na wolne miejsca. Te przeszkody to wysiadający:)Telewizor LCD w autobusie Tą cechę określmy jako swawola w metrze. Trzeba podkreślić, że nie obowiązuje ona wszędzie:) ale ruch pieszych jest równie ciekawy. Mam na myśli nie tylko pieszych na chodnikach ale też w różnego typu przejściach podziemnych i tunelach. Z zasady piesi poruszają się wolno i zajmują tyle miejsca ile mogą. Nasze europejskie ‘bieganie’ wydałoby im się dziwne. Oni wolą slalom pieszych. Idąc, trzeba ciągle kogoś omijać.

Następne zaskoczenie to składające się z wielu linii metro, tzw. MRT, którym można dojechać praktycznie wszędzie. Ale chociaż pociągi jeżdżą dość często, są dość zatłoczone. Na niektórych liniach jeżdżą pociągi sterowane komputerowo, bez motorniczych. Na większości stacji, m.in. na stacjach podziemnych, w całym centrum Singapuru, peron od torów oddzielają dodatkowe drzwi, które otwierają sie dopiero, gdy podjeżdża pociag. Drzwi pociągu zatrzymują się dokładnie w miejscu dodatkowych drzwi. Zabezpieczają przed wypadkami.Pierwsza w kolejce do autobusu.. to jest fart

Singapurczycy lubią stać w kolejkach. Mała powtórka z PRL-u:) I jeśli chodzi o zasady ruchu tłumu, to w przeciwieństwie do ruchu w metrze i ruchu pieszych, wchodzenie do autobusów jest bardzo uporządkowane. Przed wejściem stoi się w kolejce. Do tego celu, są przygotowane specjalne metalowe ‘przegrody’:)
A ciekawostką jest to, że to nie taksówki wyczekują klientów w długich ogonkach, tylko klienci stoją w tzw. ‘taxi stand’ i wypatrują taksówek.. a w godzinach szczytu nie ma możliwości zamówienia taksówki na telefon i trzeba stać w kolejce.

DurianyW Singapurze można też spróbować najbardziej śmierdzącego owocu świata – duriana. Nie można go wnosić do metra, wszędzie są umieszczone zakazy, inaczej by się ludziska zagazowali. W zależności od tego czy jemy świeżo przygotowany owoc, czy taki, który sobie poleżał, smak będzie nieco inny. Świeżo przekrojony durian nie jest strasznie śmierdzący i jest całkiem dobry. Smak jest dziwny, porównywalny trochę do budyniu, trochę do przyprawionych, gęstych lodów, niezły, wart spróbowania. Natomiast durianek, który sobie poleżał i ‘zakisił’ się pod folijką, jest delikatnie mówiąc, nieciekawy. Wielu singapurczyków uwielbia duriany, mi smakowały te świeże, ale wielu studentów międzynarodowych się krzywiło na ich widok.The Esplanade - najslynniejszy durian

Najsłynniejszym durianem Singapuru jest Esplanade Theater, mieszczący się w centrum miasta-państwa i mający kształt ogromnego duriana. Singapurczycy nazywają go “Singapore Durian Convention Center”. W ‘durianie’ odbywają się różne przedstawienia, koncerty, konferencje. Jest to centrum kulturalne Singapuru.

Kolejną ciekawą sprawą są bloki mieszkalne w Singapurze – HDB. Klatki schodowe są otwarte, tak aby wiaterek sobie mógł pochulać, zreszta jest tam gorąco więc takie rozwiązanie jest zrozumiałe. W niektórych takich blokach, windy nie zatrzymują się na każdym piętrze! Bywa tak, że stają w połowie bloku albo co któreś piętSingapurskie HDBro. Bywa tak, że w mieszkaniach nie ma toalet, a są np. na parterze. Na szczęście takich rozwiązań jest już mało i w większości łazienki są w mieszkaniach, tak jak u nas..

<jo>





Akademik – Hall4

12 01 2006

W końcu jestem. Po przylocie byłam tak podekscytowana, że w ogóle nie czułam zmęczenia. Tylko musiałam się przebrać.. ależ upał, a raczej sauna. Parówa, jednym słowem. Zdejmuję więc marynarkę i długie spodnie. Przez cały pobyt już ich nie założyłam. Po prostu się nie dało. I zaczynam odkrywać mój akademik.

Hall 4 - akademik

Wygląda, co tu dużo mówić, ekstra! Jestem sama w pokoju, ale są rzeczy koleżanki. Tylko po niej ani śladu. Mówiąc delikatnie, w pokoju mam bałagan. Okazuje się, że to narodowa przywara Singapurczyków. Nie lubią sprzątać. A kurz im nie przeszkadza.

Hall 4, block 22. Akademik jest gigantyczny, składa się z 4 ‘blocków’. Architektura jest inna niż u nas, styl raczej otwarty, np. otwarte klatki schodowe. Jest to praktyczne, bo wiaterek może sobie hulać i ochładzać budynki. A poza tym to przed czym mają uszczelniać te domy.. zimno im nie grozi:)

Zostawiam moją walizę-gigant na później i idę na rozpoznanie terenu. Nikogo nie znam. Wszędzie w około azjaci. Czuję się trochę dziwnie. Jet lag daje o sobie znać. Różnica czasu to 7 godzin wstecz. A więc jest 9:00 rano, która tak na prawdę dla mojego organizmu powinna być 7 godzin temu. Jestem trochę oszołomiona ale robię sobie mały spacerek po okolicy. Wyposażona w moją książeczkę – przewodnik, który dostałam pocztą razem z innymi papierami, znajduję mapę. Z czytaniem map jestem trochę na bakier. Ale się nie gubię! Kampus okazuje się ogromny! A ja mieszkam trochę na uboczu, chociaż blisko do uczelni, która jest podzielona w zasadzie na dwa wielkie kompleksy: South Spine i North Spine.

NTU Garden

Po drugiej stronie kampusowej uliczki jest bardzo ładny ogród. A od razu przy wyjściu z mojej części akademika, jeziorko, w którym pluskają żółwie. Dwa kroki dalej jest przystanek autobusowy, gdzie zatrzymuje się linia 179, którą można dojechać do Jurong Point – ostatniej stacji jednej z linii metra (MRT). Jeździ tam też uczelniany autobus B.
Standard akademika jest raczej skromny. Ale cena też przystępna, 150$ singapurskich, co jest równe około 300zł. To taniej niż płaciłam w Warszawie. Pokój jest, jak już zauważyłam 2-osobowy, spory. Najbardziej znajoma okazała się.. podłoga:) Chyba wszędzie na świecie w akademikach używają tej samej, niebiesko-zielono-sinej wykładziny podłogowej. W takie paseczki. Ktoś by powiedział, że jest obleśna. A dla mnie to był powód do nostalgii:) W końcu w RP też taką mamy!
Pokój jest wyraźnie podzielony na dwie części. Każdy ma swoje łóżko, biurko z nadbudówką, krzesło, połówkę szafy z lustrem, szafeczkę odkrytą na cośtam (ja trzymałam tam kosmetyki i żarcie) i własny wiatrak sufitowy. No pięknie. Pokój bez airconu w takim klimacie?? Luuuuudzie, i ja mam tu zrobić inżyniera.. normalnie przesada.

<jo>





Pierwsze wrażenia.. Singapur

10 01 2006

Singapore - EsplanadeJakie było moje pierwsze zetknięcie z Singapurem? Oczywiście, że byłam przerażona! A jak wyglądała podróż? Co prawda lotnisko w Warszawie już znałam, to jednak przesiadka w Zurichu nie należała do najłatwiejszych. Lotnisko polecane “przesiadkowym nowicjuszom” okazało się gigantyczne! Trochę błądziłam, ale w końcu znalazłam pociąg (!) którym dojechałam do terminalu E. Tam właśnie miałam trafić. Pora była wczesna. O 3:00 rano, w niedzielę 8 stycznia rozpoczęłam moją podróż z Terespola do Warszawy, a stamtąd o 7:00 lot do Singapuru przez Zurich.
Do tego ten cały podręczny bagaż! Taszczyłam ze sobą chyba z 7-8 kilogramów, a rzeczywiście przy moich gabarytach to dość dużo. No bo w końcu jak się zmieścić w 20 kg dopuszczalnego bagażu z rzeczami na pół roku?
Lot był długi. Lądowanie w Singapurze w poniedziałek 9 stycznia o wschodzie słońca. To 23:00 czasu polskiego, 8 godzin różnicy. Powietrze o zapachu wilgoci, zupełnie inne niż to, które znałam. Temperatura: 27 stopni Celcjusza przy 80% wilgotności, odczuwalne trzydzieściparę stopni. Przed kilkonastoma godzinami w Polsce było -5 stopni. Ale czułam się dobrze.
Znajduję wyjście. Telefon do Shari, osoby kontaktowej z International Student’s Centre. Nie wiem czy to chłopak czy dziewczyna.. trudno się zorientowac znając tylko imię. Trochę koślawa rozmowa po angielsku. Sympatyczny dziewczęcy głos. Teraz muszę tylko znaleźć moją walizę, wymienić pieniądze i dojechać do Campusu. Z walizą pomaga mi uprzejmy pan, a jest ona wielka! Podroż taksówką z lotniska do Nanyang Technological University trwa ok 40 min. Lotnisko leży na wschodzie wyspy, a Campus w zachodniej części. Bardzo rozmowny kierowca – hindus – pokazuje mi z okna taksówki ciekawe miejsca. Najciekawsze sąLotnisko Chopina w Warszawie drzewa! Takie inne, płaskie na czubku. Czuję się coraz bardziej zmęczona. Jetlag – “choroba lotnicza” – zaczyna dawać o sobie znać. Ekstremalna zmiana klimatu i ogromna różnica czasowa. Mam trudności ze zrozumieniem tutejszego angielskiego! Jeszcze nie wiem, że angielski w Singapurze to specyficzny dialekt, tzw. SINGLISH. Oj tak! Jeszcze się przekonam co to znaczy..
Błądzimy. Taksówkarz zgubił się w Campusie! Prosi mnie żebym go prowadziła, bo on nie wie jak trafić do mojego akademika – Hall 4.

Przed akademikiem czeka Shari i Paweł, jedyny doktorant – student – Polak na NTU. Polska ekipa powiększa się dwukrotnie! Paweł pomaga mi wtaszczyć walizę na 4 piętro. Jestem na miejscu! Żadnych problemów, za to ciekawe odkrycia! Drzwi do toalety, otwierane na zamek szyfrowy.. hahahah. Ide spać.. ufff ale gorąco.
<jo>





Przed wyjazdem do Singapuru..

27 12 2005

Pomysł wyjazdu zrodził się na III roku. W zasadzie, kompletnie nierealny i przez wielu traktowany z przymrużeniem oka. Sama tak go traktowalam. Aż w końcu stał się faktem..

A jak to się zaczęło?

Przeglądając ofertę stypendiów na stronie Polibudy, natknęłam się na raczkującą współpracę z Singapurem. Zaproszenie na studia dla jednej osoby w Nanyang Technological University. W życiu nie słyszałam o tej uczelni.. Biorąc pod uwagę kilkadziesiąt tysięcy studentów Politechniki jako potencjalnych konkurentów do wyjazdu (bez przesady, pojechać chciało kilkanaście osób), egzotyczny kierunek, a także fakt iż jeszcze nikt nie pojechał – moje szanse wydawały się równe zeru.. i właśnie dlatego postanowiłam działać. Chciałam wyjechać na część studiów za granicę, a ten kierunek wydał mi się niezwykle interesujący, a zarazem taki trudny do osiągnięcia.

Trzeba było nieźle się nagimnastykować. Najpierw eliminacje na uczelni, potem konkurs o stypendium rządu Singapuru, w międzyczasie, raczej współczujące podejście najbliższych (nie ma co im się dziwić, każdy by się litował, że dzieciak tak się stara, a nic z tego nie będzie..) w końcu staranie o stypendium na Wydziale. I udało się! Podczas wakacjii 2005 rozpoczęłam przygotowania do tej niezwykłej przygody. Nie byłaby możliwa bez pomocy:

  • Rodziców, Brata i Marcina, którzy dopingowali mnie do działania i wspierali, zarówno przed wyjazdem jak i podczas pobytu,
  • Pani Prof. Teresy Zielińskiej, koordynatora współpracy z Singapurem, która prowadziła moją sprawę,
  • Dziekana Wydziału inżynierii Produkcji, Prof. Krzysztofa Santarka, który ufundował mi stypendium i życzliwiePoczątek stycznia 2006 - jedno z pierwszych zdjęć na nowej uczelni podchodził do sprawy,
  • Prodziekana d/s studenckich na Politechnice Warszawkiej, który ufundował stypendium,
  • Pań Agnes Yap oraz Bagavathi d/o Chandra Mohanan, z którymi korespondowałam i które aktywnie prowadziły moją sprawę w Singapurze,
  • Dyrektora Centrum Wymiany Międzynarodowej Politechniki Warszawskiej, Pana Dr inż. Romana Babuta, który przyspieszał załatwianie formalności, oraz
  • Pawła Czapskiego, doktoranta na Nanyang Technological University, który jeszcze przed wyjazdem doskonale mnie do niego przygotował i “odebrał” na miejscu.

Wam wszystkim, serdecznie dziękuję!
Bez Was moje marzenie nie ziściłoby się..
Jeszcze raz dziękuję!

<jo>