Ciąg dalszy pierwszych wrażeń…

Wszystko naokoło jest zielone, piękne, nowoczesne i zorganizowane. Podoba mi się, jest czysto, nie przesadnie. Wszystko jest zadbane, nie ma śladów wandalizmu. Kampus NTU jest jak wielki ogród, oddzielony od miasta, więc czuję się trochę jak na obozie 🙂 Ilość budynków uczelnianych i baza studencka z tymi wszystkimi basenami, kortami tenisowymi, centrum sportowym, siłownią, audytorium, bibliotekami.. i nie wiem czym jeszcze.. zaskakuje. Chciałoby się, żeby tak w Polsce było.

Wracając do „Singielskiego”, sporo osób nie mówi po angielsku! Szczególnie ze starszymi osobami, lub pracującymi w food centres nie sposób się porozumieć, nawet na migi. Jeśli chodzi o młodych, to właśnie, używają singielskiego, mieszanki angielksiego z mandaryńskim, tamilskim, malajskim. Na końcu zdania dodają „lah!”, tak trochę nie wiadomo po co, ale nawet się miło słucha. Często się pytają „Can, can?” w sensie „is that ok?”, a poza tym nie używają czasów gramatycznych. Więc nie ma co się martwić, okazuje się, że nie jestem taką ‚nogą’ z angielskiego 😉

Jedną z dość ciekawych rzeczy, która rzuciła mi się w oczy jest ich osobliwa kultura osobista. Tu normalką jest zapytanie „What do you want?”, nie to co w Polsce, „W czym mogę Pani/Panu pomóc”… No ale cóż, taki już urok tubylców i trzeba się przyzwyczaić.
Zbyt długie namyślanie się, co do wyboru jedzenia denerwuje ich. W ogóle nie są cierpliwi, szczególnie Chińczycy. Tak sobie myślę, że taki wstępik, wyznacznik tej ich niecierpliwości, poznałam na „stadionie” w Warszawie. Tam azjatyccy handlarze też potrafili być nawet nie mili jeśli się czegoś nie kupiło. Hindusi są za to bardzo cierpliwi, normalnie nie wiem jak psychicznie znoszą tych wszystkich wybrednych klientów. Na zakupy to najlepiej u hindusów: można marudzić, kręcić nosem i w końcu nie kupić a oni i tak będą mili.

Jeśli chodzi o jedzenie, to jest ogromny wybór za śmieszne pieniądze, za 5-8zł można zjeść naprawdę dobre rzeczy. Ale porcje są mniejsze niż u nas, i ciągle jedzą ryż. Chleb to tu luksus, McDonald jest drogi (ok. S$5) w porównaniu do jedzenia ze „stołówek” (S$2.50-4.00). Już widzę tęsknotę za chrupiącym chlebkiem albo ziemniaczkami..
Sporo rzeczy jest też bardzo ostrych, nie da się jeść: jedzenie ze słowem sambal, black peper, chilli to niestety nie dla niewprawionego w egzotycznych smakach Polaka. Hinduskie jedzenie też jest strasznie ostre i nie czuję w ogóle smaku. Na razie najbardziej przyswajalny jest chicken rice, ale też zupki troche inne niż u nas, z dużą ilościa „rzeczy” w  środku.. ciekawe ile pociągnę na takiej diecie.

Jeżeli chodzi o to jak znoszę klimat: nie da się ukryć, jest gorąco i wilgotno, ale się przyzwyczajam. Czuje się ogólnego lenia i śpiocha. Tak mogę w skrócie określić samopoczucie. Atmosfera wakacyjna. Dobrze, że jest klimatyzacja w salach wykładowych. Z drugiej strony przesadzają: ustawiają temperaturę za nisko i bez swetra się marźnie. Zmiany temperatury są szczególnie niefajne i sprzyjają przeziębieniom. I trochę dziwnie się wychodzi z zimnego budynku na dwór, a tam parówa..

Ogólne wrażenia są bardzo pozytywne. Singapur jest nowoczesny, piękny, ale nie zatracił do końca swojej egzotyki. Ciąle można kupić owoce czy różności od ulicznych sprzedawców. Można się dogadać, potargować.. trochę jak u nas..dobrze się tu czuję, nie jakoś obco, chociaż wyglądam inaczej niż wszyscy w około bo mam jasną skórę, jasne włosy. I to jest chyba ten czar Singapuru. Jak oni to robią, że tyle różnych kultur mieszka obok siebie w zgodzie i dostatku?!

Reklamy